Kathmandu!

Nepal. Kathmandu. Boudhanath Stupa.Pocztówka z widokiem Bodnath Stupa długo stała u mnie na półce. Kupiłam ją wiele lat temu, bodajże w tybetańskim sklepiku w Wawie, nie myśląc nawet o tym, iż kiedykolwiek pojadę do Nepalu. Marzyło mi się, ale wydawało wówczas zupełnie nieralne. Na szczęście stało się realne.

Podróż z Pokhary minęła bez specjalnych ekscesów. Może poza tym, że „pan na początku miły” wrobił nas z siedzeniami w autobusie i ostatecznie siedziałyśmy na samym tyle, a pomiędzy nami grupa anglosaskich turystów. Byli… poprawniejszy synonim do słowa obleśni? Przypominali hordy Anglików upijających się w weekendy we Wro. I tak siedem godzin. Przygotowywałam się na jazdę a’la nepali express. I tu zaskoczenie proszę Państwa. Kierowca chyba nie był rodowitym Nepalczykiem, haha. Wręcz się wlekliśmy ślamazarnie, zwalniając jeszcze przed każdym zakrętem. Nuuuuda. Natomiast krajobrazy Doliny Kathmandu świetne. I te łany marihuany, nie niepokojone przez nikogo, rosnące na poboczach.

Thamel

Raj dla backpackersów. Miejscówka w stylu Pahar Ganj w New Delhi lub Khao San w Bangkoku (jeszcze nie byłam). Wiem, że niektórym przeszkadza takowy chaos i wynoszą się czym prędzej lub czym dalej stąd. W lipcu jest w miarę spokojnie i czuć, że wszystko zwalnia. Instalujemy się w znanym już hotelu Nepalaya. Kompletnie bez klimatu, ale w miarę cenowo (poza sezonem), niespodziewanie czysto (papier toaletowy, ręczniki), z wi-fi (właściwie nie działało). Potem oczywiście wynikają chocki-klocki z płatnością za noclegi. Po kilkudniowych negocjacjach dochodzimy do kompromisu. Nigdy nie wiesz co Cię spotka, chociaż myślisz, że masz wystarczające doświadczenie.

Poza obowiązkowym zwiedzaniem kręcimy się całymi dniami po Thamelu. Teren na tyle duży, że w jeden dzień nie dajemy rady. Zagęszczenie sklepików z fantazyjnymi rzeczami na metr kwadratowy jest zbyt wysokie. Niewątpliwe można zakupić w Kathmandu kilka naprawdę oryginalnych przedmiotów. Pod koniec pobytu znamy już prawie wszystkie uliczki i zakamarki tej kolorowej dzielnicy.

Nepal. Kathmandu. Thamel.

Mitho

Nasza knajpka w Kathmandu, w kraju przyjaznym wegetarianom. Próbowałyśmy kilka miejsc, jednak żadne nie spełniało tak dobrze naszych oczekiwań. Śniadanie na rooftopie w Helena’s całkiem smaczne. Cena kosmiczna. Podobnie w Pilgrims Bookstore House, OR2K, Buddha Bar i innych. Za coś dobrego trza było zapłacić. Oferta dla mających lepsze budżety. A w Mitho rewelacyjne jedzenie w rewelacyjnej cenie. Prawie codziennie śniadanko, jakiś omlet z pyszną organiczną kawą (a nie jest tak łatwo wypić dobrą kawę w Nepalu) oraz obiadokolacja. Najczęściej świetny palak paneer i prześwietny cheese naan. Takiego cheese naana to nigdzie nie jadłam. Jeśli ktoś by chciał spróbować to szukać przy Chhetrapati.

No i jeszcze mango lassi. W tej sprawie wyszłyśmy z inicjatywą. Codziennie po śniadaniu spacerowałyśmy z własnymi kubeczkami do tego samego kramiku. Utargowałyśmy lepszą cenę, bo i zamówienie hurtowe. Pan zawsze chciał coś zakombinować, a Wiol zawsze patrzyła panu ręce i kontrolowała przygotowanie napoju wedle właściwego przepisu. Jeśli kogoś nie przeraża, nazwijmy to dyplomatycznie, brak czystości to polecam spróbować. Zwłaszcza dla zakochanych w mango.

Nepal. Kathmandu. Thamel. Punkt "mango lassi".

Przedłużyć wizę

Twarzą twarz z nepalską biurokracją. Wiza wbita. Ekspresowa. 15 dni. 2500 rupii. Oczywiście pojechałyśmy taksówką do urzędu, którego nie było, bo się wyprowadził. Wyprowadził w pole nie tylko nas. Kilka innych osób również. Na szczęście jedna uprzejma pani wiedziała co się dzieje i poprowadziła nas pod właściwy adres. W Urzędzie Imigracyjnym spoko. Troszkę druczków do wypełnienia jak wszędzie. Kolejka jak wszędzie. Niespodzianka jak zawsze. Za to, że „dłubiący w nosie” z nudów urzędnicy w głębi sali (widok bezcenny) wbili wizę do paszportu od razu, trzeba było dopłacić 300 rupii. Inaczej musiałybyśmy kwitnąć w urzędzie po odbiór paszportów do godziny drugiej. Nic, zapłaciłyśmy. Taksówka na nas czekała a czas do końca wyprawy błyskawicznie się kurczył. Zabawnie.

Durbar Square

Stara część Kathmandu z tradycyjną architekturą i z pałacem królewskim Hanuman Dhoka. Pozycja must see. Z Thamelu dochodzimy piechotą, klucząc po tematycznych uliczkach (np. sklepiki z rzeczami buddyjskimi, sklepiki z materiałami) i w ogólnym zgiełku. Turyści płacą za wstęp 300 rupii. Nepalczycy mogą sobie posiedzieć na swoich zabytkach za darmo. Teren nie jest ogrodzony, ale obcokrajowcy są sprawdzani czy mają wejściówkę. Ze zwiedzania Hanuman Dhoka zrezynowałyśmy, mając na uwadze nasze wcześniejsze doświadczenia z nepalskimi muzeami. Obeszłyśmy ze dwa razy plac. Jest fajnie. Na te najwyższe zabytki można się wspiąć i podziwiać Durbar Square z góry. Miejscowi po prostu spędzają wolny czas wylegując się na potężnych stopniach XVII i XVIII-wiecznych budowli. Pozycji na liście do obejrzenia jest kilkanaście. Te szczegółowe zadanie to dla bardziej cierpliwych i wytrwałych.

Nepal. Kathmandu. Durbar Square.

Niedaleko Durbar Square znajduje się hippisiarska legenda – Freak Street. Dzisiaj już straciła na swoim znaczeniu, przekształcająć się w turystyczno-alternatywne miejsce. Dla tych co nie lubią Thamelu w sam raz. Nie omieszkałyśmy zajrzeć do Snowman Restaurant, pamiętającej dawne czasy. Ciastko czekoladowe wyborne.

Nepal. Kathmandu. Freak Street.

Swayambhunath Stupa

Zwana także Monkey Temple ze względu na żyjące tutaj stada małp. Są wszędzie i nie zawsze są przyjazne. Należy umykać przed ugryzieniem, bo inaczej skończy się serią zastrzyków przeciw wściekliźnie. Dojazd taksówką za ok. 150 rupii. Do położonej na wzgórzu stupy prowadzą strome schody o dużej ilości stopni. Na naszych oczach pędzący w dół chłopaczek potknął się i z łomotem przekoziołkował dobrych kilka metrów. Ktoś mu pomógł wstać i ochłonąć, jednak widok upadku był przerażający. U szczytu schodów obcokrajowcy płacą 200 rupii i mogą dalej zwiedzać. Swayambhunath Stupa to pomieszanie buddyjsko-hinduskie. Stupa jest buddyjska, natomiast otoczenie bardziej hinduskie. Dla mnie symboliczne, pocztówkowe miejsce. Ciężko zrobić dobre zdjęcie. Tłumy ludzi, szare monsunowe niebo, brak fajnego ujęcia. Turyści kombinują jak mogą. Trochę czasu nam schodzi. Śmieszne są małpy iskające się na mniejszych stupach. Ze wzgórza rozpościera się panorama Kathmandu, czyli masa pudełkowych, anarchistycznych bloków. Powoli wracamy drugim zejściem. Generalnie wycieczka na cały dzień lub kilka godzin w wersji ekspresowej.

Nepal. Kathmandu. Swayambhunath Stupa.

Patan

Kiedyś oddzielne miasto, dzisiaj zahacza o przedmieścia stolicy Nepalu. Centrum Patanu to jedno z wielu miejsc w Dolinie Kathmandu, będących na liście UNESCO. Dużo spokojniejsze i czystsze. Czuć europejską rękę. Główna atrakcja to Durbar Square z kilkoma zabytkowymi świątyniami. Jest naprawdę fajnie. Ciekawe są okoliczne, wąskie uliczki. Newarska, tradycyjna zabudowa. Staruszkowie odpoczywający na progach domów. Sklepiki ze wszelkim rękodziełem. Sklepiki fair-trade, wspierające najuboższych. Patan to podobno artystyczne zagłębie nepalskie. Większe i mniejsze świątynie. Warto się powłóczyć (np. według trasy proponowanej przez Lonely Planet) i poodkrywać te wszystkie miejsca. Klimat zupełnie inny niż w Kathmandu. Przestrzeń pozwalająca odsapnąć.

Nepal. Kathmandu. Patan.

Pashupatinath

Razem z Bodhnath odwiedzane prawie na ostatnią chwilę. Najpierw Pashupatinath. Największa i najważniejsza hinduistyczna świątynia w Nepalu, usytuowana nad wodami świętej rzeki Bagmati. Nepalskie Varanasi. Warte zobaczenia i poświęcenia więcej uwagi niż tylko chwilę. Najciekawsze hinduistyczne miejsce jakie do tej pory widziałam. Droga do kompleksu świątynnego prowadzi przez dewocjonalny market po obu stronach ulicy. Wjazd 500 rupii, czyli nie mało. Do głównej świątyni Pashupatinath mogą wejść jedynie wyznawcy hinduizmu. Wstęp dla reszty został zabrobiony po tym, jak w latach 90-tych muzułmanie próbowali puścić świątynię z dymem. Także my sobie podglądamy to miejsce jak przez dziurę w płocie z boku. Ewentualnie przez wielkie, złote jaja wielkiego, Świętego Byka Nandina przy wejściu. Zabawa w zrobienie zdjęcie bez ludzkiej głowy w kadrze. Przy okazji miejscowi robią sobie fotki z nami.

Nepal. Kathmandu. Pashupatinath Temple.

W pewnym momencie przyplątał się pan, że on nas oprowadzi. My, że nie i że nie mamy już kasy. On, że nie szkodzi, że „my pleasure”. My, że jak chce. Na koniec się okazało, iż chciał nasze wejściówki żeby kantem opchnąć je innym turystom. Mimo wszystko przez pół dnia opowiedział nam wiele interesujących rzeczy o Pashupatinath oraz oprowadził po kompleksie. Widziałyśmy ceremonię aranżowania małżeństwa. Kapłan, otoczony członkami dwóch rodzin, tajemnymi sposobami sprawdzał czy dana para może zawrzeć szczęśliwy związek małżeński. Zobaczyłyśmy tradycyjny pogrzeb i palenie zwłok na ghatach nad brzegami rzeki. Kilka płonących stanowisk i gryzący dym. Kilka zagaszonych z popiołem zmiatanym do rzeki. Ktoś zażywał kąpieli w wodach Bagmati. Na drugim brzegu rodzina zmarłego kończyła żałobę. Dalej świątynia Ramy, rzeźbienia z motywami kamasutry, siedziba Milk Sadhu, przesiadujący sadhowie Siwy i Vishnu z dredziastymi głowami (za drobną opłatą pozują do zdjęć). Z kombinującym przewodnikiem rozstałyśmy się w pokazowym Domu Starców, założonym jeszcze przez Matkę Teresę. Wyszłyśmy inną bramą i podążyłyśmy w kierunku Stupy Bodhnath.

Nepal. Kathmandu. Pashupatinath Temple.

Bodhnath Stupa

20. minutowy spacer na wyczucie. M. in. w pobliżu marihuanowego buszu, tak se po prostu rosnącego. Bodhnath jest porządnym, turystyczno-pielgrzymkowym miejscem. Czysto buddyjsko, tybetańsko i inaczej niż w przypadku Swayambunath. Kupujemy bilet za 150 rupii i przekraczamy bramę, za którą ukazuje się wielka stupa o wielkiej, duchowej sile. Dla mnie z wielu względu mocne przeżycie. Oko w oko ze słynnymi oczami Buddy. Robimy korłę w towarzystwie wielu Tybetańczyków. Następnie dokładniej oglądamy stupę. Wciskamy się wszędzie gdzie da się wejść. Chcemy zdążyć przed nadciągającym deszczem, który ostatecznie nas przegania. Schronienie znajdujemy w pobliskiej gompie. Potem zaglądamy do sklepików otaczających stupę. Ze względów pogodowych nie zagłębiamy się w pobliskie miasteczko, w którym żyje społeczność tybetańska. Bierzemy taksówkę i wracamy na Thamel.

Nepal. Kathmandu. Boudhanath Stupa.

Więcej zdjęć w galerii https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/nepal-2011/nepal-2011-kathmandu/

One response to “Kathmandu!

  1. Piękne miejsca, byłam w Indiach, niestety nie zwiedziłam tego, co chciałam. Do Nepalu niekoniecznie chciałam jechać, lecz marzyłam o zobaczeniu doliny kwiatów w Himalajach. Nie udało się, zawaliła się droga, 7 dni spędziłam w Rishikeshu. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s