Urodziny Dalajlamy z Tybetańczykami

Nepal. Tashi Palkhiel Tibetan Refugee Settlement w okolicach Pokhary. Tron dla buddysjkich mistrzów.Po trekkingu postanowiłyśmy zatrzymać się w Pokharze. W jej sąsiedztwie znajdują się dwie wioski zamieszkane przez Tybetańczyków. Oczywiście stały się one dla mnie obowiązkowymi punktami „wycieczki”. Nepal, obok Indii, jest jednym z krajów, do którego zmierzają Tybetańczycy uciekający z okupowanego przez Chiny Tybetu.

W dół od Lakeside

Za dwa dni urodziny Dalajlamy. Najwyższa pora żeby wybrać się do jednej z tybetańskich wiosek. Najpierw obieramy kierunek na tą mniejszą. Można do niej dojść na piechotę, a my akurat mamy ochotę się pokręcić. Idziemy troszkę „na czuja”. Najpierw wchodzimy do parku przy tamie (tama z przewodnika LP). W kłębiącym się syfie wodno-śmieciowym chłopcy i mężczyźni łowią ryby. My fuj, zgromadzeni ani trochę. Na ich twarzach widać frajdę z zabawy w wędkowanie na patyku, służącym najczęściej za wędkę. Potem docieramy do tamy od drugiej, tej pionowej strony. Na fajnym, wiszącym, drewnianym mostku można zrobić fotkę rozbryzgującej się i opadającej z szumem wodzie. Mostek dalej prowadzi do World Peace Pagody, mieszczącej się na szczycie pobliskiego wzgórza. To nie dzisiaj. Powoli kończy się turystyczna dzielnia. Mijamy kobiety niosące wodę w wielkich baniakach, pranie suszące się na ogrodzeniach, kozę – akrobatkę ekwilibrystycznie stąpająca po murku. Wychodzimy na dużą, wylotową ulicę. Człapiemy sobie wzdłuż i przyglądamy się okolicy naznaczonej codziennością.

Po 25 minutach natrafiamy na niespodziankę. Wow. Devi’s Falls. Przy wejściu cały przemysł turystyczny i masa, głównie nepalskich, przybyszów. Wejdziemy, zobaczymy. Wjazd 20 rupii. Przy wejściu tandetna makieta Annapurna Range. Ale jest. I trawnik z pięknymi kwiatami. Za nim mżawka z wody. Pod nazwą Devi’s Falls kryje się burzliwa, rwąca woda rozbijająca się z ogromną prędkością o skały i rozpryskująca w promieniu kilkunastu metrów. Prawdziwy żywioł. Taka atrakcja. Niczym wodospad Szklarka. Otoczenie w stylu nepalskim, raczej trudno poznać, że to miejscówka turystyczna. Natomiast zwiedzającym Nepalczykom bardzo się podoba, co widać po ich szerokich uśmiechach. Na przeciwko wodospadowej rozrywki, rozrywka jaskiniowa. Darujemy sobie. Jesteśmy kilka kroków od tybetańskiej wioski a późna pora nas nagli.

Nepal. Pokhara. Deszcz wody z wodospadu wywołał tęczę.

Tashi Ling Refugee Camp

Wioska – obóz dla tybetańskich uchodźców. Pierwsi dotarli w to miejsce na początku lat 60-tych. Powoli spacerujemy i się troszkę kręcimy. Wchodzimy na teren klasztoru i do buddyjskiej świątyni stojącej w środku. Cisza i skupienie… dopóki nie nadeszła japońska wycieczka ze swoimi malutkimi aparatami oraz tysiącami zdjęć z uśmiechem i „vałką” z palców. Sympatyczna wycieczka. Później też ją gdzieś spotkamy. Następnie wytwórnia ręcznie tkanych dywanów. Pełna manufaktura. Tybetańska specjalność. Lokalna społeczność w ten sposób zarabia na życie. Dywany piękne i bardzo drogie. Raczej dla tych bogatych turystów, mniej dla backpackersów. Panie przemiłe, jednak nie mamy przy sobie 4 tys. dolarów na dywan do pokoju dziennego.

Nepal. Tashiling Tibetan Refugee Camp w okolicach Pokhary. Ręcznie tkane dywany tybetańskie.

Strudzone kilkugodzinnym dreptaniem zachodzimy do wioskowego sklepiku. Kupujemy kolkę i przysiadamy sobie. Położenie sklepu strategiczne, przy drodze i na wyciągnięcie ręki dla mieszkańców Tashi Ling. Obserwujemy spokojną okolicę, jakże odmienną od gwaru nepalskiej ulicy. I tak siedzimy, sączymy zimny napój i nie chce nam się wstać. Dokupujemy ciasteczka i tak się zaczęło. Pogadanka z właścicielem sklepu. Najpierw o sprawach prozaicznych. Potem pan opowiadał o wiosce, o ciężkim życiu społeczności tybetańskiej w Nepalu, o swoich dzieciach, o sobie, o nielegalnej przeprawie do rodziny w Tybecie, o polityce, o nadziejach i beznadziei. Po trochę wszystkim. Jednocześnie toczyło się normalne sklepowe życie. Ktoś wchodził, wychodził, kupował. Dzieciaki biorące słodycze za parę groszy. Staruszki z malami w ręku, jeszcze pamiętające wolny Tybet. Kupowały na zeszyt. Gdyby nie późna pora mogłybyśmy przesiedzieć w tym sklepie następne kilka godzin. Na koniec pamiątkowa fotografia z panem, którą potem z Polski wyślemy do Nepalu. Nie udało nam się zobaczyć całej wioski, ale za to przeżyłyśmy cudowną rozmowę. Bezcenną.

Nepal. Tashiling Tibetan Refugee Camp w okolicach Pokhary. W sklepiku przegadałyśmy ponad godzinę.

Gdy wracałyśmy dzień chylił się ku końcowi. Postanowiłyśmy zażyć odrobiny przygody i wrócić lokalnym transportem. Machając na poboczu drogi ręką zatrzymałyśmy jakiś mini autobus. Nie bardzo wiedząc gdzie jedzie, wsiadłyśmy do środka. Oczywiście wprawiłyśmy jadących w zdumienie. Odpowiadałyśmy uśmiechem. Rozklekotane, jeszcze jeżdżące cudo z miejscami dla liliputów wypluło nas niedaleko hotelu. To był dobry strzał.

6 lipca

Urodziny JŚ Dalajlamy. Chyba z tej okazji przestało koło szóstej rano padać. Niby miałyśmy wcześnie wstać żeby zobaczyć wszystkie uroczystości, ale wyszło jak zawsze, czyli wyszłyśmy późno. Pomocna pani w sklepie z torebkami narysowała nam instrukcję jazdy do Tashi Palkhel. Byłyśmy uparte i chciałyśmy spróbować po lokalnemu. Z urwaną karteczką po nepalsku w ręce ruszyłyśmy w drogę. Czekały nas dwie przesiadki. Pierwszy autobusik z Lakeside. Chłopak bileter chciał nas oskubać na kilka rupii, ale się nie dałyśmy. Jest sukces. Przejechałyśmy swój „przystanek” i musiałyśmy się chwilę cofnąć z buta. Przy pierwszych zagadniętych osobach podjechał akurat właściwy busik. Nie wiem ile osób do niego wchodzi. Kiedy się upchało to i my wielkie dostałyśmy trochę miejsca. Elastyczne środki transportu z Azji. Reszta wisiała na otwartych drzwiach. Jak to mawia Cejrowski: „Jakby coś takiego w Unii zobaczyli to by się cała wspólnota padła”. Tym razem bileter był w porządku. Wydał nawet resztę i wysadził na Baglung Bus Park. Momentalnie zostałyśmy przechwycone dalej i autobusem wrakiem opuściłyśmy granice miasta, by kilka kilometrów dalej dotrzeć do celu. Cała podróż kosztowała mnie 45 rupii, podczas gdy za taksówkę trzeba by zapłacić 600-800 rupii. No i frajdę z podróży miałyśmy gratis.

Nepal. Pokhara. Nie ma biletów. Płaci się do ręki kasjerowi.

Tashi Palkhel Refugee Camp

Druga, większa tybetańska osada w okolicach Pokhary. Tybetanka, która na Lakeside zawsze próbuje nam opchnąć biżuterię zaprasza nas do sali, w której odbywają się uroczystości związane z urodzinami Jego Świątobliwości. Tybetańczycy mają dzisiaj święto i wolny dzień. Nie wiele się zastanawiając idziemy. Tniemy przez pastwisko i docieramy do miejsca zgromadzenia. Pomieszczenie wypełnione po brzegi, więc trzeba się troszkę poprzeciskać. Znajdujemy dla siebie kawałek podłogi w odległym kącie sali. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Starzy i młodzi. Porozsiadali się na podłodze. Na scenie trwa pokaz tradycyjnych tańców i śpiewów tybetańskich, przygotowanych przez dzieci i młodzież. Publiczność entuzjastycznie reaguje na ciekawsze momenty. Z przodu siedzi lama otoczony mnichami. Z boku sceny dwa ogromne, urodzinowe portrety Dalajlamy. Na scenie tron i ołtarzyk ze zdjęciem Jego Świątobliwości. Tło stanowi wielki malunek Pałacu Potala w Lhasie, stolicy Tybetu. Przyglądam się wszystkiemu z niezwykłym zaciekawieniem.

Impreza się kończy i zaczyna się ruch. Niektórzy wychodzą, inni się krzątają. Wpierw tłum wyprowadza lamę, którego mnisi niosą w lektyce do położonego obok klasztoru. Widać ogromny szacunek. A w sali wnoszą stoły, talerze, półmiski. Będzie jedzenie. My lekko zdezorientowane. Pod swoje skrzydła bierze nas starsza Tybetanka. Po angielsku zna kilka słów, ale to nie ważne. Organizatorzy zapraszają na posiłek. Nie mamy swoich talerzy, kubeczka i sztućców. Kierują nas do kolejki z mnichami. No to stajemy. Ryż, ziemniaki a’la dal bath, ostre sosy. Całe rodziny rozsiadają się na kocach i jedzą. Fajnie i bardzo miło.

Nepal. Tashi Palkhiel Tibetan Refugee Settlement w okolicach Pokhary. Jedzenie spożywa się w towarzystwie rodziny.

Pani Tybetanka nie odpuszcza nas na krok i zabiera do swojego skromnego domu. Dwa pokoje. Jeden większy z czterema łóżkami i dużym ołtarzykiem buddyjskim. Pani pokazuje zdjęcia dzieci. Syn w Indiach, córka w Stanach. Przy okazji kupujemy za 30 rupii bransoletki na rękę. Są całkiem spoko. Pani w tym czasie krząta się i przebiera. Wdziewa elegancki, piękny tybetański ubiór. Możemy iść na obchód wioski. Wspinamy się na wzgórze ze stupą i masą kolorowych, buddyjskich flag modlitewnych. Większość nowa, powieszona dzisiaj wcześnie rano. Spacerujemy. W ważnych miejscach robimy z Panią korłę (obchodzimy trzy razy dookoła). Dalej Pani prowadzi na boisko, z którego dochodzą głosy, śmiechy i oklaski. Odbywają się zawody. Siadamy na murku i patrzymy. Pani wyjmuje dla nas po filiżance. Za chwilę ktoś podchodzi i rozdaje donaty (oponki). Za kolejną chwilę runda z herbatą. Czarna z mlekiem. Jak dla mnie obrzydliwa. Pani cały czas nas instruuje co i jak mamy robić. Jest przekochana. Mówi, że teraz możemy odpakować donata i pić herbatę. W międzyczasie trwają zawody. Wyścig w workach na ziemniaki, przejście pod stołem, trza tyłkiem „pęknąć” balon przymocowany do blatu, zjedzenie dwunastu bananów i wypicie litra wody. Hard core’owo, haha. Inna konkurencja polega na dojściu z zawiązanymi oczami i zbiciu zawieszonej na bramce doniczki. Zabawa przednia. Proste, a daje tyle radości. Wkrótce dochodzi piąta godziny i musimy się zwijać. Pani jeszcze oprowadza po klasztorze, odprowadza do ulicy i ze smutkiem, aczkolwiek szczęśliwe żegnamy się z Panią Tybetanką. Dziękujemy za wspaniały dzień.

Nepal. Tashiling Tibetan Refugee Camp w okolicach Pokhary. Pamiątkowo.

Więcej zdjęć w galerii https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/nepal-2011/nepal-2011-tybetanczycy/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s