Lumbini – tam gdzie urodził się Budda

Nepal. Lumbini. Maya Devi Temple. Miejsce urodzenia Buddy.Siedzimy w Pokharze od kilku dobrych dni. Miło spędzamy czas na włóczeniu się po Lakeside. Trochę pada, w końcu pora deszczowa. Czasami zaliczymy wypad do miejsca, które należy zobaczyć, ale nie ma co się naprężać. Pełen chill out. W przypływie refleksji, iż nie codziennie podróżujemy do Nepalu, podejmujemy jakże stanowczą decyzję. Jedziemy do Lumbini. Taki kilkudniowy wypad z małym plecaczkiem na południe Nepalu.

Jedna taka szansa na sto

Wczesna pobudka, bo i wyjazd wczesny. Teoretycznie 6:30. Przynajmniej na taki autobus turystyczny został nam sprzedany bilet. Oczywiście pan w naszym hotelu ma full service, więc kupiłyśmy bilet z wyprzedzeniem. Na dworzec autobusowy tniemy z buta jakieś 10 minut. 5:40. Co robić przez tyle czasu? Don’t worry. Za chwilę przychodzi chłopak i sprzedaje nam jeszcze ciepłe bułki z pseudo czekoladą. Do tego herbatka w otwierającej się knajpce. Śniadanko pierwsza klasa. Schodzą się turyści, nawet Polacy. Burknęli tylko cześć i tyle. No to cześć. W pewnym momencie odwracam się i szczęka mi opada. Z porannych chmur wyłaniają się przepiękne, ostre, ośnieżone himalajskie szczyty. Góry się otworzyły! W czasie monsunu zdarza się to bardzo rzadko. I my właśnie w ten wyjątkowy dzień, zamiast pędzić na punkt widokowy na Sarangkot, to za 15 minut mamy odjeżdżać do Lumbini. Czuję się jak w potrzasku. Próbuję robić zdjęcia. Jednak nie oddają one uczucia zachwytu jakie mi towarzyszy w tym momencie. Ach, jak tutaj musi być fantastycznie jesienią!

Nepal. Pokhara. Zapierający dech w piersiach widok, którego zdjęcie nie oddaje.

Jedna taka szansa na sto odjechała z nami w autobusie do Bhaiwary. Autobus turystyczny okazał się lokalnym chicken busem. Nasze miejscówki o numerach 7 i 8 okazały się jakże komfortowe. Maksymalnie plecami napierając na oparcie, z trudem wciskałam kolano w siedzenie przede mną. Mission impossible. Rozgościłyśmy się po swojemu. Dzięki temu co chwilę ktoś się do nas dosiadał. Niektórzy przyjacielsko zaczepiali. Dostałyśmy od miłej pani po czerwonej, hinduskiej kropce na czoło. Atmosfera na piątkę. Gorzej z tymi kilkoma szalonymi hamowaniami oraz wiecznym prawie waleniem głową w sufit. Potem okaże się, że to nie był żaden hard core, haha. W Buthwal wysiadł szef autobusu i za kierownicą usiadł chłopak od biletów. Będzie się uczył prowadzić… Dredy mi się jeżą na głowie. I wszystkim na drodze też. W jednym kawałku docieramy do Bhaiwary. Spotykamy sympatycznego Austriaka, którego dziewczyna jest Polką i pakujemy się do autobusu do Lumbini. Po dobrych siedmiu godzinach podróży meldujemy się u celu. Jest cholernie gorąco.

Lumbini

W szczycie upału chyba nie podejmujemy najlepszej decyzji. Postanawiamy zostać w wiosce. Austriak jedzie do koreańskiego klasztoru na terenie kompleksu. My znajdujemy nocleg w Siddhartha Lodge. Pokój po pewnym czasie okazuje się być kompletną katastrofą. Przyzwyczajone do letniej, rześkiej pogody w Pokharze, nie radzimy sobie z temperaturą. A tym bardziej nie radzimy sobie w nocy, w pokoju bez okien, gdzie powietrze stoi w miejscu. Oczywiście znowu nie ma prądu i jedyny wiatrak jak na złość kończy swoją pracę. Koszmar.

Nepal. Lumbini.

Po przyjeździe przechadzamy się po wiosce. Klimat zupełnie inny niż w górach. Jest bardziej indyjsko. Chatki takie bardziej afrykańskie, okolica jakby rolnicza. I mimo wszystko wzbudzamy zaciekawienie, szczególnie u dzieciaków. Tutejszy krawiec ratuje przed unicestwieniem moje symboliczne pumpy z Indii. Ich czas definitywnie się kończy. Zostaną w Nepalu. Poza tym nie bardzo jest co robić. Jutro zdecydowanie przenosimy się do koreańskiego klasztoru na terenie kompleksu!

Na drugi dzień nie zdążyłyśmy na klasztorne śniadanie o szóstej rano, ale za to spokojnie się zakwaterowałyśmy. Za 250 rupii za noc dostałyśmy nocleg w czteroosobowej celi wraz z wyżywieniem. Jak się potem okaże, posiłki to trzy razy dziennie dal bath, haha. Koreański klasztor jest jedynym miejscem na terenie kompleksu, w którym można nocować. No i mają fajne zakazy: nie wolno pić alkoholu, nie wolno tańczyć, nie wolno głośno słuchać muzyki, nie wolno grać w karty. I nie wolno wnosić jedzenia do cel. Złamanie tego ostatniego wiąże się z wyniesieniem całego skromnego dobytku przez mrówki, o czym przekonałyśmy się na własnej skórze. Na posiłki schodzą się mieszkańcy. Trafiamy na fajne towarzystwo Austriaka, Singapurczyka oraz dwóch Kolumbijek. Jest wesoło.

Nepal. Lumbini. Kilka zakazów.

Pomimo uciążliwego skwaru decydujemy się na pieszą wycieczkę po paru najbliższych świątyniach. Główny punkt dnia to Maya Devi Temple. Wchodzimy do kwadratowego budynku. Po środku widzimy miejsce upamiętniające narodziny Buddy Sakjamuniego. Symboliczny kamień. Akurat w tym momencie medytuje przy nim mniszka, więc musiałyśmy trochę nieładnie zaglądnąć jej przez ramię. Przysiadamy sobie z boczku i przez kilkadziesiąt minut łapiemy te symboliczne chwile. Jakby nie było niepowtarzalna miejscówka. Duchota wyganiana nas na zewnątrz. Okolica Maya Devi Temple to kilka innych symbolicznych miejsc. Pokazał się nawet pojedynczy mnich. Niedaleko znajduje się również bazar z buddyjskimi dewocjonaliami.

Nepal. Lumbini. Maya Devi Temple. Miejsce urodzenia Buddy.

Rowerem

Kompleksu Lumbini nie da się zwiedzić piechotą. Nie w jeden dzień i nie w takim upale. Za 100 rupii wypożyczamy rowery. A wypożyczalnia działa w ten sposób, iż przyjeżdżający rowerami do pracy Nepalczycy przekazują je turystom. Wieczorem sytuacja się odwraca. Złoty interes. Jedziemy do bardziej oddalonych świątyń z różnych krajów i z różnych szkół buddyjskich. Porozsiewane są na całym terenie kompleksu, przypominającego trochę dziki park. Ciężko się dopatrzeć ładu i składu. Większość miejsc jest dosyć imponujących, ale zbudowanych jedynie na pokaz. Brakuje w nich życia, brakuje mnichów i mniszek, brakuje pielgrzymujących. Pustka (co akurat w buddyjskiej terminologii jest określeniem istotnym, hehe). Jestem trochę zawiedziona. Spodziewałam się tętniącego duchowością ośrodka a zobaczyłam tajemniczy ogród z matowymi budynkami sakralnymi. W związku z tym (oraz w związku z upałem) skracamy nasz pobyt w Lumbini. Moim zdaniem dwa pełne dni to maks na zwiedzanie kompleksu. Wieczorem jeszcze zachodzimy do chyba jedynej czynnej świątyni, czyli na modlitwy u Koreańczyków. Na poranne przed śniadaniem jakoś nigdy nie udało nam się wstać. Przyłączmy do kilku osób w skupieniu uczestniczących w modlitwie. Tym akcentem kończymy naszą wycieczkę do miejsca narodzin Buddy.

Nepal. Lumbini. Zwiedzanie na rowerach to bardzo dobry sposób.

Nepalski ekspres 

Rankiem następnego dnia ewakuujemy się rikszą poza granice kompleksu. Właściwie taki sam czas wyszedł by piechotą. Przynajmniej pan rikszarz sobie zarobił. Natrafiamy na odjeżdżający autobus do Bhaiwary. Wsiadamy w ostatnim momencie. W Bhaiwarze otacza nas tłum naciągaczy. Każdy ma swoją wersję naszej dalszej podróży. Udajemy, że doskonale wiemy co robić. Po 10 minutach podbiega do nas chłopak i zagania do autobusu do Pokhary. Jakiś taki większy i jakby porządniejszy, prawie autokar. Próbujemy stargować cenę biletu, ale okazuje się, że podróżujemy nepalskim ekspresem i musimy zapłacić te 415 rupii. Nepali express, baaardzo ciekawe! Czy ktoś sobie to wyobraża? Tym samym odbyłam najbardziej odjazdową przejażdżkę autobusową w moim życiu. Najlepsza kolejka górska nie gwarantuje takich emocji. Ruszyliśmy z kopytka by przez kilka następnych godzin pędzić po nepalskich drogach. Jakimś cudem nikt się nie zabił wewnątrz i na zewnątrz.

Kierowca przypominał postać z bajki. Mocno trzymał kierownicę niczym konsolę do playstation i prowadził jakby miał trzy życia. Koledzy z boku go dopingowali i klapali po plecach. Driver musiał coś wziąć, bo przytomny człowiek by na taki układ nie poszedł. Facet jechał z zawrotną prędkością, manewrując na zakrętach, prawie staczając się w przepaść (to moje wyobrażenie), wyprzedzając nonszalancko. Kiedy wpadał w dziurę to wszyscy podskakiwali do sufitu, niektórzy razem z siedzeniami. Nie można było się nudzić. W międzyczasie działo się wiele rzeczy. Handlarze kokosem, handlarze wielkimi ogórkami, handlarze ananasem, handlarze bananami, plackami, chipsami, wodą itd. Przeróżni ludzi. Pasażerowie. Kapłanka hindu. Grajkowie. Niepełnosprawni. Dzieci. Kłótnia, prawie bójka. Palenie papierosów. Haftowanie sąsiadki przez okno. Istny korowód postaci oraz sytuacji. I do tego jeszcze przejechaliśmy przez Chitwan, czyli jakby z Wrocławia do Warszawy jechać przez Szczecin. Po ośmiu godzinach mogłam postawić nogę na pewnym gruncie w Pokharze. Uff. Znowu się udało!

Nepal. Lumbini. Nepali express. Jazda bez trzymanki.

Więcej zdjęć w galerii https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/nepal-2011/nepal-2011-lumbini/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s