A jednak trekking!

Właściwie nie planowałyśmy wypadu w góry. No, ale być w himalajskim państwie i nie pójść w góry? Chociaż te mniejsze. Po dwóch godzinach posiedzenia w agencji turystycznej zdecydowałyśmy się na kilkudniowy trekking Ghorepani – Poon Hill – Ghandruk. Miałyśmy duże wątpliwości, bo pora monsunowa i nie zobaczymy gór, bo wcale nie mała kasa, bo to i tamto. Ryzyk fizyk. Wyjazd pojutrze. My w miasto żeby „dogromadzić” ekwipunek. Na Thamelu jest mnóśtwo sklepów turystycznych. Wszystkie sprzedają ten sam, kiepskiej jakości, ale za to tani sprzęt. Original Nepali i Original China renomowanych marek. Niektóre rzeczy są całkiem spoko i naprawdę opłaca się je kupić. Z naszym przewodnikiem Sanjibem wybrałyśmy się do zaprzyjaźnionego sklepu. Stamtąd odesłali nas do magazynu. Kilka pomieszczeń zawalonych equipmentem różnego rodzaju. Gościu sobie leży na worach i czeka na klientów. Nieźle. Coś tam wybrałyśmy, coś tam dokupiłyśmy w innych miejscach i byłyśmy gotowe do drogi.

W nocy przed wyjazdem padał deszcz. Wstajemy rano i myślimy: „za…rąbiście”. Znowu najlepiej. Koło ósmej startuje nasz autobus turystyczny do Pokhary. Sanjib odbiera nas z hotelu. Idziemy. Na ulicy stoi ciąg autokarów. Pakujemy się do jednego z nich. Hm, pierwsza klasa to to nie jest. Przynajmniej da się trochę nogi wyciągnąć. Lonely Planet w rubryce zagrożenia podkreśla, że Nepal to jeden z najniebezpieczniejszych krajów na świecie pod względem komunikacyjnym. Szykuje się kilka godzin pełnej wrażeń jazdy. Nasz rozklekotany pojazd śmiało sunie po prawie drodze. Ruch lewostronny. Sprawnie omija wielkie dziury, niekiedy w nie wpada. Na styk mija się z ciężarówkami obok krawędzi przepaści. Jestem pełna podziwu. Europejczyk by sobie nie poradził. W czasie podróży dwa przystanki na posiłki. Na jednym z nich poszłyśmy popatrzeć na Nepalczyków grających w siatkówkę. Dla mnie ogromne zaskoczenie. Siatkówka w Nepalu? Okazuje się całkiem popularnym sportem. Chłopaki łupią na klepisku, gdzieś w zakolu drogi i w pełnym słońcu. I pomyśleć, że się narzekam na Halę Gwardii. Że kurz, że ślisko… Da się? Da się. Po siedmiu godzinach podróży docieramy do Pokhary. Czuję się jakbym wysiadła z wielkiego szejkera i była bitą śmietaną. Cudownie, haha.

Wieczorem jeszcze musimy wypożyczyć (sic!) buty na trekking. W końcu się znalazły. Zawsze musi być ten pierwszy raz, z wypożyczeniem obuwia również. Zresztą w Nepalu się mówi: „Everything is possible”. Dodajmy jeszcze „No problem” oraz „Same, same but different” i radź sobie człowieku. Kwestia przyzwyczajenia.

Przejechać się na dachu autobusu

Wczesnoporanna pobudka. Wyglądam przez okno. Wow! Łapię aparat i lecę na dach. Zza chmur wyłoniły się skalne, pokryte śniegiem czubki górskich szczytów łańcucha Annapurny. Ałć. Cholerny monsun. Gdyby nie on… te wszystkie piękności byłyby na wyciągnięcie ręki. Niestety latem skrywają się za gęstymi chmurami. Nie ma innego wyjścia. Trzeba wrócić w lepszej porze roku i zrobić kilkunastodniowy trekking Annapurna Circuit lub Everest Base Camp. Tymczasem zbieramy manatki i jedziemy na dworzec. Sanjib proponuje żeby podróż do Nayapul spędzić na dachu lokalnego autobusu. Jasne, że tak!!! Bomba. Polecam. Wprawdzie szczebelki gniotą w tyłek, ale dwie godziny z wiatrem we włosach (dredach), z pięknymi widokami i telepiącą jazdą przez wioski i wzgórza rekompensuje wszelkie niewygody. W Nayapul zaczynamy trekking.

Idziemy we dwie z Sanjibem, naszym przewodnikiem. Sympatyczny chłopak w tym samym wieku co my. Pochodzi z wioski w górach i wszystkie szlaki ma w jednym palcu. Dodam, że ścieżki nie są oznaczone i łatwo się zgubić. Spotkałam wiele zespołów składających się z 2-3 osób. Maszerujemy powoli, mijając wioski położone na górskim zboczu. Malutkie domki, dużo zwierząt i proste życie. Gospodarstwa wyludnione ponieważ wszyscy pracują w polu. Kobiety dźwigają wielkie, plecione kosze z zieleniną. Psy leżą leniwie i nie reagują na nic. Sielanka. Ścieżka przecina malownicze, zielone tereny z polami ryżowymi. W dole szumi potok. Pogoda słoneczna. Co jakiś czas warto spojrzeć pod nogi, gdyż ziemia usiana została wszelkiego rodzaju kupami. Po drodze Sanjib częstuje nas ogromnym, miejscowym ogórkiem. Mi bardziej przypomina cukinię.

Na lunch zatrzymujemy się w Sudame. Chowmein z ketchupem (sic!) spożywany na werandzie z rozległym widokiem na okolicę. Plus pyszna lemon tea. Ale fajnie. Po godzinnym odpoczynku zwieramy szyki. Po przejściu przez wiszący most (wow!) szlak już nie jest taki łatwy. Pnie się ostro w górę i stawianie kolejnych kroków wymaga sporo wysiłku. Sanjib nawet się nie spocił. Koło czwartej osiągamy wysokość 1990 m n. p. m. i meldujemy się w Uleri.

Uleri

Najpierw zakwaterowanie. Pokój na piętrze z dobudowaną łazienką. Dwa łóżka i miejsce na plecaki. Łazienka odlotowa. Umywalka ze spływem do wiaderka. Toaleta na narciarza (naprawdę są ok) z okienkiem bez szyby, ale za to można podziwiać krajobrazy. Światło to jedna ledwo świecąca żarówka. Kontaktów brak. Stylowo przypomina polskie, górskie schroniska.

Przed kolacją zwiedzanie Uleri, które wygląda na większą wioskę. Wiele tradycyjnych, nepalskich domków. Wejścia sięgają mi do ramion. Na boisku przy szkole podstawowej młodzież gra w siatkówkę. Sanjbib mówi, że do „secondary school” dzieciaki muszą maszerować 2-3 godziny dziennie. Pogoda czy niepogoda. Innej drogi i innego wyjścia nie ma. On też tak robił. Podziwiam. Tym bardziej, że my, zachodni turyści wdziewamy specjalistyczny sprzęt górski, a Nepalczycy chodzą w klapkach. Ewentualnie ze zużytym plecakiem i parasolką. A i tak są lepsi od nas w te klocki. Za chwilę monsun dał znać o sobie i pobiegliśmy do guest hosue’u. Po kolacji ponownie nie było prądu. Siedzieliśmy przy świeczce i popijaliśmy lokalne wino raksi. Wyprodukowane z ryżu, o sile około 10 voltów. Smakiem i wyglądem przypominało polską wódkę. Nie podeszło mi. No, ale przecież nie odmówię.

O szóśtej rano zrywam się i robię wielkie oczy. Sprint na dach. Annapurna South odkryła się ku mojej uciesze. O Jah! Śniadanko przy budzącym się dniu i ruszamy do Ghorepani.

Pijawki spadają z drzew

Program na dzisiaj krótki. Tylko cztery godziny wędrówki. Po godzinie podejścia od Ureli wkraczamy w dżunglę. Dziko porośnięty las z mnóstwem dźwięków. I spadające z drzew pijawki. Do tej pory myślałam, że skubane żyją w wodzie. A one spadają z góry i wijąc się próbują się dobrać do mojego krwiobiegu. Na szczęście w porę udało mi się pozbyć krwiożerczych intruzów. Przerwa na obiad w Nangethanti. Państwo w ogródku mają posianą marihuanę. W górach no problem. Kolejna godzinka i docieramy do Ghorepani. 2780 m n. p. m. Równie ciekawe miejsce noclegowe. Bardzo przyjemna chatka. Wieczorem zaczęło lać i tak już zostało. Nie zobaczyłam więc wschodu słońca z panoramą na siedmio i ośmiotysięczniki z Poon Hill. Przepadła szansa ujrzenia Annapurny, Dhaulaghiri, Manaslu. Zamiast pobudki o czwartej rano zeszłyśmy w kwaśnych nastrojach na śniadanie. Oświadczyłyśmy, że w taką pogodę nigdzie nie idziemy. Kiedy deszcz zaczął tylko kropić obróciliśmy w godzinkę na Poon Hill i z powrotem. Wysokość 3210 m n. p. m. zaliczona.

Resztę dnia spędziliśmy odpoczywając, czytając, grzejąc się przy piecu i patrząc z nadzieją, że przestanie padać na dworze. Mnie dopadło bulgotanie w żołądku i pogoń do toalety po każdym posiłku. Oczywiście w apteczce Sanjiba niczego na takie dolegliwości nie było (o ile w ogóle apteczka istniała). W tutejszym sklepiku również. Idąc za radą miejscowych wypiłam litr ciepłej, solonej wody z cukrem. Okropieństwo. Trochę pomogło. I chyba organizm potrzebował, bo przyjął niedobre pitku bez bólu. W międzyczasie nepalski, niestabilny prąd poprzepalał mi zasilacze. Do netbooka i ładowarkę do akumulatora od aparatu. Not good. Trochę się zmartwiłam. Ostatecznie udało się wybrnąć z sytuacji wedle nepalskich zasad „no problem” i „everything is possible”. W Pokharze naprawiłam zasilacz do laptopa oraz kupiłam uniwersalną ładowarkę. Uff. Kiepsko byłoby bez zdjęć. Dzionek leniwie minął. Deszcz nie odpuszczał. Wieczorem jeszcze raz raksi.

Ghandruk

Nazajutrz słońca nie ujrzałyśmy. Jednak przestało cieknąć z nieba i dało się wędrować. W gąszczu pijawek przebrnęliśmy przez Tadapani do Ghandruku. W Tadapani, skąd podobno rozpościera się niesamowity widok na góry, przywitała nas jedynie chmura. Dalej dwie godziny przez dżunglę. Przed wejściem na szlak tabliczka ostrzegająca przed samotnymi wyprawami. Rzeczywiście bujna zieleń, skaczące po drzewach małpy, jakby większe owady. Dodatkowa porcja pijawek również. Niemiło wytrzepuję się je z własnych butów. Po żmudnym schodzeniu w dół osiągamy Ghandruk. Bardzo ładna wioska. Z plantacjami kawy w pobliżu. Jakoś przetrwałyśmy. Kiedy tylko przekroczyłyśmy jego próg rozpadało się na nowo.

W piątym dniu zeszliśmy do Nayapul, skąd wróciliśmy mikroskopijną taksówką do Pokhary. Przerdzewiała, ale trzymała się kupy. Kierowca wycierał zaparowane szyby gazetą. Wywietrzniki nie działały. Radio nadawało nepali pop. Na rozpadniętych poboczach unikaliśmy czołówki z ciężarówkami i autobusami. Tym razem też udało się dojechać w całości. Po rzuceniu plecaków w hotelu byłyśmy szczęśliwe, że możemy zdjąć przemoczone, brudne i śmierdzące ciuchy, wziąć kąpiel i położyć się w czystym wyrku.

Podsumowując myślę, że jednak fajnie było wybrać się na trekking. Zobaczyłam zupełnie inny, wiejski świat. Dzięki przebywaniu z Sanjibem dowiedziałam się więcej o prawdziwym Nepalu. Poza tym wiem czego się spodziewać jeśli w przyszłości chciałabym zrobić duży trek. A naprawdę warto. Tylko nie w monsunie, hehe.

Więcej zdjęć w galerii https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/nepal-2011/nepal-2011-kathmandu-ghorepani-ghandruk/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s