Jumeirah

Wizyta w meczecie

W Polsce niedziela jest dniem wolnym i kościelnym. A my w niedzielę, w normalny dzień pracy dla Arabów udałyśmy się do jedynego, otwartego dla turystów meczetu. Meczet Jumeirah. O godzinie 10.00 w wybrane dni trzy sympatyczne panie prowadzą z jajem wykład na temat islamu połączony z wizytą w meczecie. Odzierają swoją religię z radykalnej skóry i opowiadają o miejscu kobiety w jej strukturach. Wyjaśniają zasady rządzące wyznaniem Mahometa, odżegnują się od terrorystów i dowcipkują. Na przykład dlaczego kobiety i mężczyźni modlą się osobno: „Bo wyobraźcie sobie, że obok kobiety stoi Brad Pitt lub obok mężczyzny Angelina Jolie, to czy mogliby oni się skupić na modlitwie?”. No właśnie. Już pominę fakt, że wielu Arabów, oczywiście tych wysokich, jest naprawdę przystojnych. I całkiem do twarzy im w tych białych „sukienkach”.

Plaża

Być w Dubaju i nie poplażować to grzech. Prawie byśmy go popełniły. Na wypad nad wodę znalazłyśmy czas tylko podczas jednego, późnego po południa. Zresztą w ciągu dnia słońce by z nas zrobiło skwarki. Wchodząc na plażę należy schować aparat, gdyż nie wolno robić zdjęć. Przy wejściu stoi cała tablica z zakazami. Na piasku wygrzewają się nieliczni. Pobrodziłyśmy w morzu, a właściwie Zatoce Perskiej, troszkę dalej. Potem na zmianę hop do wody i siup na piasek. Morze bardzo ciepłe, można z niego nie wychodzić. I słone. Przyjemnie spędziłyśmy czas do zachodu słońca, prawie niewidocznego za mazią wilgotnego powietrza. Relaksik.

Burj Al-Arab

Nadszedł moment, aby cyknąć sobie fotkę ze słynnym żaglem. Postanowiłyśmy od stacji metra Mall of the Emirates przejść się piechotą. Nie najbliżej, ale za to o wiele ciekawiej. Moim zdaniem spacerując o wiele więcej się widzi niż wygodnie poruszając taksówkami lub innymi środkami transportu. Po szerokich ulicach mknęły wypasione fury. Sportowe cacka i wielkie wozy terenowe, którymi lubią się chwalić mieszkańcy Jumeirah. Widoczny z oddali Burj Al-Arab nabierał coraz wyraźniejszych kształtów. Po drodze natknęłyśmy się na robotników ogołacających jedną z palm. Ciekawskie podeszłyśmy bliżej. Chłopaki zrywali dojrzałe daktyle. Prosto z drzewa, jeszcze ciepłe od słońca smakowały wybornie. W życiu bym się nie domyśliła, że to owoce daktyla.

W odwiedzanych sklepach próbowałam wszystkiego związanego z mango. Uwielbiam. Lody, słodycze, lassi. Jednak najlepsze jest surowe. Mangowe wariacje. W Polsce takich nie ma.

Zupełnie przypadkiem przewędrowałyśmy przez Madinat. W dżungli roślinności, nad wodą, kryje się centrum handlowe (chyba), hotel, restauracje i nie wiem co jeszcze. Fakt faktem wygląda to ładnie. Niestety plaża dostępna tylko i wyłącznie dla gości hotelowych. Musiałyśmy poszukać innego punktu widokowego dla Burja.

Przy żaglu również zakaz wstępu, więc idziemy dalej. Mijamy hotel Jumeirah i dopiero z publicznej plaży, już nocą mogłyśmy popatrzeć na oświetlonego Burj Al-Araba. Jeden z najdroższych i niewątpliwie przyciągających swoją formą hotel jest prawie równy wysokością z Wieżą Eiffla. Miło pomoczyć stopy w morzu i pogapić się na budowlane cudo, popijając miejscowe napoje.

Klimatyzowane przystanki

Klima to w ogóle osobna bajka. Występuje wszędzie. Dosłownie. W mieszkaniu marzłyśmy w nocy, bo było tak „wyklimatyzowane”. W metrze ubierałam bluzę. Szaleństwo. Różnica temperatur 20 stopni. Jednak hitem są klimatyzowane przystanki przy zatoczkach autobusów miejskich. Niewielkie budki będące ostają zimna w upalne, dubajskie dni, kiedy trzeba poczekać kilkanaście minut. Kapitalne.

Dubaj Marina

Dubaj Marina, nowa dzielnica rozbudowującego się Dubaju. Mieszkalne wieżowce, dużo kanałów wodnych, jachty, plaże. Luksusik. Mieszkałyśmy w jednym z takich wysokościowców. Na samej górze (40 piętro) mieściła się powszechnie dostępna siłownia. Trener i Chris byliby zadowoleni, haha. Na dachu basen, jacuzzi. Zawsze ciepło, więc zawsze można skorzystać. Standard w tego typu budynkach. Jednak ludzie, głównie międzynarodowi przybysze, dla siebie obcy, wycofani, zajęci swoimi sprawami. W windzie nawet kącik ust nie drgnie żeby się uśmiechnąć. Jakoś tak bez emocji. W dzielnicowym mallu wybrałyśmy się na jedzenie. W libańskiej restauracji zjadłyśmy rewelacyjny humus i falafele. Popiłyśmy wyborną kawą arabską. Mocna, z przyprawami. Dla kawoszy raj.

Więcej zdjęć w galerii https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/dubaj-2011/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s