Shaolin i kung-fu

Ponownie w pociagach

Bylysmy bliskie zaliczenia kolejnego spoznienia. Tym razem na pociag relacji X’ian – Louyang. Nie moglysmy sie zdecydowac w sklepie, ktore ciasteczka kupic na podroz. Haha. Ostatecznie wyprulysmy z hostelu 45 minut przed odjazdem, poganiane przez chinskich znajomych z pokoju: „quickly, quickly”. Dla nich to tylko trzy kwadranse, dla nas az.

Udalo nam sie zalapac na cala procedure, jaka przechodza pasazerowie zanim usiada (lub nie) na swoich miejscach, a jaka ominela nas poprzednim razem. Przypomina troche lotniskowa zabawe. Najpierw pokazuje sie bilet. Dopiero wowczas mozna wejsc do budynku dworca kolejowego. Zaraz po tym kontrola bagazu. Pozniej trzeba odnalezc odpowiednia poczekalnie. Jesli jest sie na stacji poczatkowej nie ma gdzie stopy wcisnac. Siedzenia pozajmowane, opluta podloga rowniez. Co sprytniejsi rozkladaja sie na gazetach. Nie nalezymy z Wiol do najmniejszych, ale przepchnelysmy sie do przodu.

Dwie bramki sa otwierane 20 minut przed odjazdem pociagu. I w jednym momencie wszyscy na hurra wstaja i pedza. Jestem ciekawa czy odnotowano przypadki zadeptania. Po przebrnieciu przez „ciesnine”, tlum goni z walizkami, torbami, workami plociennymi na plecach na odpowiedni peron. Zastanawiajac sie dlaczego i po co, jednoczesnie poddaje sie masowej reakcji. Dopadamy swoj wagon i swoje miejscowki. Siadamy. I o co tyle zamieszania? Nie wiem. Pieciogodzinna podroz do Louyang przebiega bez zadnych zawirowan.

Inaczej w drodze powrotnej do X’ian. Posiadajac bilet stojacy, chcialysmy dobrze rozegrac bitwe i przygotowalysmy sie strategicznie. Taktyka bycia wczesniej, zajecia dogodnej pozycji startowej w walce o lepsze miejsce stojace. Plan okazal sie niepotrzebny. Akurat byly wolne siedzenia. Po godzinie jazdy przestalam sie dziwic dlaczego. Trafilysmy w towarzystwo wyjatkowych syfiarzy. Nie dosc, ze bezczelnie sie na nas patrzyli, to jeszcze obrzydliwie sie zachowywali. Mlaskanie, dlubanie w nosie i paznokciach, plucie na podloge, palenie papierosow, rzucanie wszelkich smieci pod siebie. Uzyje mojego „ulubionego” slowa: massakra. Kiedy wysiadlam poczulam prawdziwa ulge.

Chiny. Louyang. Poczekalnia.

Ani kung fu ani mnichow

Do Louyang pojechalam tylko i wylacznie w jednym celu. Zobaczyc slawny klasztor Shaolin. Ponad milionowe miasto, pograzone w glebokim smogu, nie oferuje turystom wielu atrakcji. Stanowi punkt wypadowy do Shaolin lub pobliskich jaskin z buddyjskimi akcentami. U mnie zaplusowalo rozklekotanymi autobusami miejskimi. Prawie po indyjsku. Natomiast ponad dwugodzinna przejazdzka ciasnym gratem uosabiajacym autobus lokalny mniej przyjemna. Po prostu meczaca.

Pojazd wyplul nas na szosie w poblizu klasztoru. Amerykanin z Chicago, znajacy jezyk chinski pomaga nam w kupnie tanszych biletow wstepu. Bo jest cena dla Chinczykow i cena dla obcokrajowcow. Placimy 90 yuanow. Tylko 10 mniej, ale zawsze cos. Wspolnie spedzamy caly dzien zwiedzajac slynna mekke kung-fu. Niestety czuje niedosyt po tej wycieczce. Racje maja osoby, dla ktorych Shaolin zamienil sie w Disneyland. Czysto turystyczny biznes. Duchowosc odczuwa sie jedynie w gaszczu wiekowych pagod. Ta wyjatkowa forma cmentarza rowniez poddaje sie uplywowi czasu. Na najnowszych pagodach wyrzezbione sa osiagniecia techniki: samolot, pociag high speed, laptop, kamera video. Ciekawe. Paletanie sie miedzy pagodowym lasem nastraja majestatycznie. Pozniej znacznie gorzej. Piekna, aczkolowiek lekko na pokaz swiatynia nie pobudza do glebokich przezyc. Az trudno uwierzyc, ze w tym miejscu narodzil sie buddyzm zen.

Chiny. Klasztor Shaolin.

Na koniec wycieczki polgodzinny spektakl przedstawili adepci kung-fu. Krotki show pachnacy komercja. Kiedy juz trzeba wracac zeby zdazyc na powrotny zlomo-autobus, klasztor zaczyna ozywac. Na popoludniowych zajeciach uczniowie cwicza przerozne techniki walki. To byla jedyna autentyczna zajawka w trakcie tego wypadu. Mysle, ze warto zaplacic wiecej za nocleg i zostac w Shaolin na dwa dni. Poobserwowac wieczorowa pora od podszewki miejscowe zycie, a na drugi dzien wybrac sie na trekking po okolicznych gorach. Nastepnym razem bede wiedziec. O ile takowy sie zdarzy.

Chiny. Klasztor Shaolin.

Jeszcze jedna ciuchcia

I dla odmiany 28 godzin w pociagu. Wyprawa urasta do rangi kolejowej epopei. Prawdopodobnie przedostatni przejazd po szynach w trakcie tej eskapady. Trasa X’ian – Guilin w prowincji Guanxi. Rejon kojarzacy sie z rzeka plynaca pomiedzy zaokraglonymi wzniesieniami. Klasa hard-sleeper. Spodziewalam sie ciezkich warunkow i walki o kazdy centymetr terenu. Zostalam pozytywnie zaskoczona. Nawet miejsce lezace na samej gorze (boks na szesc lozek, po trzy na stronie) calkiem niezle. Troche blisko do sufitu. Nie da sie usiasc. No i zatkalysmy wylot klimatyzacji polska gazeta i krzyzowkami zeby nam nie wialo.

Przejazd godny odnotowania ze wzgledu na nadzwyczaj mila atmosfere panujaca przez cala droge. Po raz kolejny stanowilysmy mala atrakcje. Norma. Zaczelo sie od sniadania i malej, towarzyskiej dziewczynki oraz jej dwoch, starszej daty opiekunek. Ciagle usmiechajace sie do nas kobiety. Najpierw dostalysmy chinskie noodle z wolowina. Forma zalewanej wrzatkiem zupki (chinskiej, hehe). Wszyscy objadaja sie tym w Chinach. Nie mialysmy wyjscia. Przyjelysmy. Odwdzieczylam sie polskim groszem. Pekly lody. Polskie monety powedrowaly w rece wielu dzieci. My otrzymalysmy jeszcze po parowce, cukierki z wolowina, po galaretce itp. Zabawnie. Przywioze do polski jako ciekawostke. Bo przeciez nie zjem.

Chiny. W pociągu relacji X'ian - Guilin.

Pasazerowie obdzielali nas szerokimi usmiechami, niektorzy zagadywali po chinsku. Dzieci obserwowaly i bawily sie z nami. Studentka z X’ian i mieszkanka Longsheng niedaleko Guilin, pokazala mi swoje zdjecia z wycieczek po Panstwie Srodka. Polecila tarasy ryzowe jako rzecz, ktorej nie mozna przegapic. Mezczyzna z Xinjangu (tam gdzie zyja Ujgurzy) poswiecil swoja podkoszulke i uczynil z niej powierzchnie na nasze wpisy. Takich gestow podczas tej trasy bylo kilka. Wlasciwie po to sie podrozuje w nieznane krainy. Esencja bycia w drodze. Cos niezapomnianego. Przed polnoca pociag wtoczyl sie na stacje docelowa. Spokojnym krokiem, w upalna noc, podazylysmy do naszego hostelu. Witamy w Guilin.

Chiny. W pociągu relacji X'ian - Guilin.

Wiecej zdjec w galerii https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/chiny-2010/chiny-2010-shaolin/

3 responses to “Shaolin i kung-fu

  1. Kaśka, gratuluję! Bloga świetnie się czyta, a galeria jest rewelacyjna! Genialne przedsięwzięcie! Czytałam, czytam i będę czytać 🙂 Pozdrawiam i dzięki za kartkę!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s